Szczęśliwy Człowiek w zgodzie z własnym potencjałem.

Dobiega końca realizacja projektu Fundacji Szczęśliwy Człowiek - Beatus Homo w ramach programu Mikrodotacji Fundusz Inicjatyw Obywatelskich Warmia Mazury Lokalnie.

Grupa dzieci i młodzieży rozpoczęła swoją przygodę z odkrywaniem własnej twórczości od warsztatów z szycia kreatywnego. Na trzy dni pierogarnia Babci Frani zamieniła się w istny poligon doświadczalny. Do dyspozycji były stosy materiałów, guzików, koralików, włóczek, szpilek, nitek i innych akcesoriów krawieckich. Spod, czasem wręcz malutkich rączek, wychodziły poduszki, maskotki i inne przedziwne stwory. Młodzież kipiała ze szczęścia, bo jedyny ograniczeniem była ich własna wyobraźnia.

Kolejne warsztaty dotyczyły modelarstwa papierowego. Z kartoników misternie wycinanych i sklejanych wyrastały domy, auta i inne. Zabawy było moc.

Jako ostatnie odbyły się warsztaty fotograficzne. Z uwagi na różne możliwości i potrzeby, grupa uczestników została podzielona wiekowo. Starszaki musiały przyłożyć się nieco do pracy i opanować podstawy obsługi aparatu i fotografowania po to, by młodsza grupa mogła spełniać się jako ich modele.

Zainteresowanie projektem było bardzo duże i entuzjazm dopisywał do końca (mimo niesprzyjającej pogody), dlatego myślimy o kontynuacji warsztatów i rozszerzeniu kryterium wiekowego w kolejnych projektach.

 

 

 

 

 

Szczęśliwy Człowiek

 
Chcąc pokrótce nakreślić naszą historię, trzeba by się cofnąć do 2000 roku, kiedy to dostrzegając potrzebę organizacji wolnego czasu dla dzieci z naszego osiedla w czasie wakacji, zorganizowaliśmy biwak. Tam po raz pierwszy zetknęliśmy się z problematyką rodzicielstwa zastępczego, a to za sprawą kolegi męża, który miał  właśnie w rodzinie zastępczej dzieci. 

      W 2002 r. nawiązaliśmy znajomość z ludźmi, którzy prowadzą do tej pory RDD. Mimo gorących namów ze strony naszych nowych znajomych, którzy widzieli w nas potencjalnych kandydatów na rodziców zastępczych, doszliśmy do wniosku, że jest to w naszej sytuacji niemożliwe. Praca i wychowanie trójki dzieci pochłaniało nas całkowicie. Ponadto mąż poważnie obawiał się, że trudno będzie rozdzielić uczucia między swoje dzieci i powierzone nam na wychowanie.

    Przez następne dwa lata kilkakrotnie stykaliśmy się z rodzicielstwem zastępczym, ale nic nie wskazywało na to, by nasza decyzja miała ulec zmianie. Ale stało się – w 2004 r. zgłosiliśmy się do PCPR-u, wyrażając chęć prowadzenia RDD. Trudno określić, co wpłynęło na zmianę naszej postawy. Wygląda na to, że ziarno zasiane w naszych sercach dojrzewało i cierpliwie czekało, żeby wykiełkować w sprzyjających warunkach. Nasze dzieci zaakceptowały ten pomysł i ucieszyły się, że będą miały więcej rodzeństwa.

    Z początkiem 2005 r. rozpoczęliśmy szkolenie na rodziców zastępczych, po czym zostaliśmy zakwalifikowani do prowadzenia placówki opiekuńczo- wychowawczej. 12 listopada 2005 r. przyjęliśmy pierwsze dzieci do naszej rodziny, a w marcu 2006 r. utworzyliśmy Dom Rodzinny. Wówczas wychowywaliśmy pięcioro dzieci. Nasza córka była na drugim roku studiów, a synowie rozpoczęli naukę w liceum. Był to dla nas bardzo ciężki okres, gdyż nałożyły się na siebie problemy wychowawcze i boleśnie dał się odczuć brak doświadczenia w obcowaniu i wychowywaniu dzieci zaniedbywanych przez własnych rodziców. Jednocześnie poświęcaliśmy czas i uwagę własnym dzieciom. Do dziś przez nasz dom przewinęło się dwadzieścioro sześcioro dzieci - czworgu znaleźliśmy nowych rodziców, siedmioro powróciło szczęśliwie do rodzin biologicznych, choć nie zawsze do rodziców, ośmioro osiągnęło pełnoletność i się usamodzielniło, dwoje niestety wróciło do domu dziecka. Z nami ciągle jest jeszcze pięcioro,  a i to pewnie niedługo się zmieni, gdyż mamy jeszcze trzy wolne miejsca.

    Przez ten czas wspólnego zamieszkiwania pod jednym dachem doświadczyliśmy wielu trudnych i rozpaczliwych wręcz sytuacji, jednak olbrzymią nagrodą za to są chwile, w których razem śpiewamy, bawimy się, śmiejemy, a czasem płaczemy i wspieramy na co dzień. Ogromnym naszym sukcesem jest pomoc w powrocie do mamy biologicznej chłopca, który przebywał w naszym domu ponad rok. Na tym przykładzie dostrzegliśmy podział rodziców na takich, którzy chcą współpracować dla dobra swoich dzieci i gotowych poświęcić wiele, aby tego dokonać, i tych, którzy dla własnej wygody wychowanie swoich dzieci zrzucają na barki innych.

    Niesamowitą radość sprawiły nam dzieci, organizując przyjęcie na naszą rocznicę ślubu. Było widać ogromne zaangażowanie i przywiązanie do nas. Takie chwile powodują, że zapominamy o trudnościach, kłopotach i nabieramy sił do dalszej pracy. Każda zdana poprawka, otrzymana promocja do następnej klasy w przypadku dzieci słabszych, zdobyta nagroda czy wyróżnienie okupione są wspólnym, ogromnym wysiłkiem. Niedawno nasza podopieczna poprosiła nas jako rodziców o błogosławieństwo i wyszła do ślubu z naszego domu. To było niezwykłe przeżycie i wspaniałe uczucie, że olbrzymi trud wychowania i poświęcenia się innym jest tego wart.
 
  Chcąc jeszcze bardziej wesprzeć dzieci, wpadliśmy na pomysł, aby utworzyć fundację, którą nazwaliśmy Szczęśliwy Człowiek. W tym czasie pojawiła się możliwość napisania projektu na utworzenie 5-ciu miejsc pracy, a efekty możecie zobaczyć właśnie tu, w Pierogarni Babci Frani. Frania to babcia, która istniała naprawdę i bardzo kochała dzieci. Naturalnie umiała lepić pierogi i to z jej przepisu powstają nasze wyroby.  Działamy jeszcze bardzo krótko i musimy się wiele nauczyć. Ale mocno wierzymy w powodzenie i pragniemy, aby udało się nam, pracownikom i tym, którzy będą mogli - mamy nadzieję - już niedługo korzystać z pomocy Fundacji Szczęśliwy Człowiek wspomaganej środkami z Pierogarni Babci Frani.

Bardzo serdecznie zapraszamy wszystkich miłych gości do korzystania z naszych usług i w ten sposób wspierania naszych działań.

Dziękujemy - Ewa i Edward Moroz